Brian Aldiss        Cieplarnia

    . 26 .    

   W miar� jak pot�nia� strumie� promieniowania S�o�ca, im bli�ej by�o owego dnia, ju� nie tak znowu odleg�ego, w kt�rym zamieni si� ono w now�, flora ros�a jak na dro�d�ach i osi�gn�wszy niepodzielne panowanie, mia�d�y�a wszystkie inne formy �ycia, spychaj�c je ku zag�adzie albo w stref� mroku.

   Ogromne, paj�kom podobne trawersery, d�ugie cz�sto na dwa kilometry stwory ro�linne, stanowi�y szczytowe osi�gni�cie wegetacji. Dla nich silne promieniowanie by�o niezb�dne. Jako pierwsi astronauci cieplarnianego �wiata podr�owali mi�dzy Ziemi� a Ksi�ycem d�ugo po tym, jak cz�owiek zwin�� sw�j ha�a�liwy kramik i wycofa� si� z interesu na drzewa, z kt�rych ongi� zszed�.

   Gren i Yattmur posuwali si� u podn�a w��knistego, czarnozielonego cielska. Yattmur �ciska�a Larena, kt�ry gapi� si� na wszystko bystrymi oczyma. Gren zatrzyma� si�, wietrz�c niebezpiecze�stwo. Spojrza� do g�ry. Hen, z wysoko�ci monstrualnego boku, wygl�da�o na� czyje� ciemne oblicze. Po chwili zaskoczenia dostrzeg� nast�pne twarze. W porastaj�cych trawersera k�akach kry�o si� wiele istot ludzkich. Odruchowo Gren wyci�gn�� n�.

   Widz�c, �e ich dostrze�ono, patrz�cy wychyn�li z ukrycia i zacz�li si� opuszcza� po boku trawersera. Wy�oni�o si� ich dziesi�cioro.

    - Zawracaj! - powiedzia� Gren nagl�co do Yattmur.

   - Ale futroszorstki...

   Napastnicy zaskoczyli ich. Rozpostar�szy skrzyd�a, czy te� p�aszcze, sp�yn�li ze znacznej wysoko�ci. Zacz�li otacza� Grena i Yattmur. Ka�dy wymachiwa� pa�k� lub mieczem.

   - Ani kroku dalej, bo przeszyj� was na wylot! - dziko wrzasn�� Gren; zas�oni� sob� Yattmur i dziecko.

   - Gren! Ty� jest Gren z grupy Lily - yo!

   Postacie zatrzyma�y si�. Jedna z nich, ta, kt�ra zawo�a�a, wysz�a naprz�d z otwartymi ramionami, upuszczaj�c miecz. Pozna� jej ciemn� twarz.

   - �ywe cienie! Lily - yo! Lily - yo! To ty?

   - Ja, Gren, nikt inny!

   Podchodzi�o ju� do niego dwoje nast�pnych, z p�aczem rado�ci. Rozpozna� ich, te zapomniane, lecz zawsze bliskie twarze dwojga doros�ych cz�onk�w jego rodowej grupy. M�czyzna Haris i Flor trzymali si� za r�ce. Zaskoczony ponownym spotkaniem ledwo zauwa�y�, jak s� odmienieni. Wpatrywa� si� raczej w ich oczy, nie w skrzyd�a.

   Haris przem�wi�, widz�c pytanie we wzroku Grena, w�druj�cym od twarzy do twarzy:

   - Jeste� teraz m�czyzn�, Gren. My te� si� bardzo zmienili�my Tamci pozostali s� naszymi przyjaci�mi. Wracamy ze �wiata Prawdziwego, przebyli�my ca�� przestrze� w brzuchu tego trawersera. W drodze stworzenie zachorowa�o i spad�o tutaj, w t� ohydn� krain� cieni. Przebywamy w tej pu�apce o wiele za d�ugo, nara�eni na napa�ci ze strony wszelkich nieprawdopodobnych stwor�w, i nie mo�emy wr�ci� do ciep�ych las�w.

   - A obecnie czeka was w�a�nie spotkanie z najgorszymi z owych stwor�w - powiedzia� Gren.

   Nie by�o mu przyjemnie widzie� podziwianych przez siebie ludzi, jak Haris i Lily - yo, w kompanii szybownik�w.

    - Zbieraj� si� przeciwko nam wrogowie. Od��my opowie�ci, przyjaciele - a zgaduj�, �e moja b�dzie bardziej niesamowita od waszych - poniewa� wielka wataha, dwie wielkie watahy futroszorstk�w depcz� nam po pi�tach.

   - Nazywacie ich futroszorstkami? - odezwa�a si� Lily - yo. - Ze szczytu trawersera nie widzieli�my ich nadej�cia. Ale dlaczego uwa�asz, �e chodzi im o nas? W tej n�dznej krainie g�odu musi im z pewno�ci� zale�e� na zw�okach trawersera?

   Pomys� by� nieoczekiwany dla Grena, jednak musia� przyzna�, �e prawdopodobny Tylko znaczna masa �ywno�ci, jak� przedstawia� trawerser, przyci�ga�aby z tak daleka i tak uporczywie gromady futroszorstk�w. Odwr�ci� si�, by zobaczy�, co s�dzi o tym Yattmur. Nie by�o jej.

   W mgnieniu oka wyci�gn�� n�, kt�ry dopiero co wsadzi� do pochwy, i rzuci� si� na jej poszukiwanie. Biega� woko�o i nawo�ywa� j� po imieniu, a nie znaj�cy go cz�onkowie kompanii Lily - yo z niepokojem przebierali palcami po r�koje�ciach mieczy. Nie zwraca� na nich uwagi.

   Znalaz� Yattmur nieopodal. Przyciska�a do siebie dziecko i patrzy�a wilkiem w jego stron�. Wr�ci�a tam, gdzie le�a� Sodal, przy kt�rym sta�y kobiety orabolki i bezproduktywnie wpatrywa�y si� przed siebie. Mrucz�c gniewnie, Gren przepchn�� si� ko�o Harisa i pobieg� do niej.

   - Co ty wyprawiasz?! - zawo�a�. - Przynie� tu Larena. - Jak chcesz, to chod� tu i we� go sobie - odpar�a. - Ja nie chc� mie� nic wsp�lnego z tamtymi dziwnymi dzikusami. Nale�ysz do mnie, dlaczego wi�c mnie opuszczasz dla nich? Po co z nimi rozmawiasz? Kim oni s�?

   - O cienie, we�cie mnie w opiek� przed durnymi kobietami! Nie rozumiesz...

   Urwa�. Zbyt d�ugo zwlekali z opuszczeniem grani. Poruszaj�ce si� w imponuj�cej ciszy - mo�e dlatego, �e brak�o im tchu - pierwsze szeregi futroszorstk�w stan�y na szczycie g�ry. Znieruchomia�y na widok ludzi, ale tylne szyki wypchn�y je naprz�d. Sztywno zje�one grzywy na ramionach i wyszczerzone z�by nadawa�y im nieprzyjazny wygl�d. Kilku nosi�o na g�owach cudaczne, wyci�te z tykwy he�my.

    - Jest tam paru tych, kt�rzy obiecali zabra� brzunio - brzuchy do domu - powiedzia�a Yattmur zbiela�ymi ze strachu wargami.

   - Jak ich poznajesz? Oni wszyscy wygl�daj� tak samo. - Tamten stary z ��tymi w�siskami i bez jednego palca, przynajmniej jego poznaj� na pewno.

   Nadesz�a Lily - yo ze swoj� grup�.

   - Co robimy? - zapyta�a. - Czy te bestie dadz� nam spok�j, je�li oddamy im trawersera?

   Gren milcza�. Podszed� prosto do ��tow�sego stworzenia wskazanego przez Yattmur i zatrzyma� si� o krok przed nim.

    - Nie �ywimy do was wrogo�ci, futroszorstki, ludzie bambuny. Nie walczyli�my z wami nigdy na Wielkim Stoku. Mo�e s� z wami trzej brzunio - brzucho - ludzie, kt�rzy byli naszymi towarzyszami?

   ��ty W�s nie odpowiedzia�, lecz zawr�ci� i pow��cz�c nogami, uda� si� na narad� z kompanami. Najbli�sze futroszorstki przysiad�y na zadnich �apach i gwarzy�y szczekliwie.

   Wreszcie zjawi� si� przed Grenem ��ty W�s i obna�aj�c k�y, przem�wi�. �ciska� co� w ramionach.

   - Tryk trup trak tak chudziaku, b�blo - brzuchy s� wr� r� w�r�d nas. Sp�jrz! Patrz! Lap!

   Z nag�ym zamachem cisn�� czym� w Grena, kt�ry sta� tak blisko, �e nie pozosta�o mu nic innego, jak to z�apa�. By�a to odr�bana g�owa jednego z brzunio - brzuch�w.

   Gren zareagowa� jak w transie. Wypu�ci� g�ow�, rzuci� si� w prz�d i pchn�� no�em z dzik� w�ciek�o�ci�. Ostrze trafi�o ��tow�sego futroszorstka w brzuch, zanim zd��y� uskoczy�. Zachwia� si� na nogach, a Gren pochwyci� obur�cz za szar� �ap�. Zakr�ci� si� na pi�cie i z pe�nego obrotu wystrzeli� futroszorstka prosto poza kraw�d� urwiska. Wrzaski w�sacza przebrzmia�y i zapad�a �miertelna cisza, cisza zaskoczenia.

   Lada chwila dope�ni si� nasz los, pomy�la� Gren. Czu� burz� we krwi i nic go nie obchodzi�o. Wiedzia�, �e za nim jest Yattmur, Lily - yo i reszta ludzi, ale nie raczy� si� na nich obejrze�.

   Yattmur pochyli�a si� nad okaleczonym, ociekaj�cym krwi� przedmiotem u swych st�p. Odr�bana g�owa - rzecz obiekt grozy. Zagl�daj�c w wodnist� galaret�, kt�ra by�a kiedy� �renic�, wyczyta�a w niej los wszystkich trzech brzunio - brzucho - ludzi.

   - A tak �agodnie obchodzili si� z Larenem! - zawo�a�a bezg�o�nie.

   Nagle zahucza�o za jej plecami. Przera�liwy ryk rozdar� cisz�, ryk o nieludzkim brzmieniu i mocy, wybuchaj�cy nad ich g�owami tak nieoczekiwanie, �e �cina� krew w �y�ach. Futroszorstki wrzasn�y ze strachu, wykona�y w ty� zwrot i przepychaj�c si� oraz t�uk�c, zawr�ci�y pod skrzyd�a cieni poni�ej szczytu g�ry.

   Na p� g�uchy Gren popatrzy� doko�a. Lily - yo i jej towarzysze umykali z powrotem do zdychaj�cego trawersera. Yattmur pr�bowa�a uspokoi� dziecko. Orabolki leg�y plackiem na ziemi i pochowa�y g�owy w ramionach.

   Nabrzmia�y bolesn� rozpacz� g�os rozleg� si� ponownie. Sodal Ye odzyska� przytomno�� i rykiem obwieszcza� sw�j gniew. I nagle, otwieraj�c mi�sist� g�b� o wielkiej dolnej wardze, przem�wi� s�owami, kt�re dopiero stopniowo u�o�y�y si� w jaki� sens:

   - Gdzie�cie si� podzieli, pustog�owe g�owy, wy, stworzenia ciemnych r�wnin, co macie ropuchy w g�owach, skoro nie rozumiecie moich przepowiedni, w kt�rych rosn� zielone kolumny Wzrost jest symetri�, w g�r� i w d�, a to, co nazywacie rozk�adem, jest drug� cz�ci� wzrostu. Jeden proces, wy �abog�owy, proces dewolucji, kt�ry znosi was na dno zielonej studni, z kt�rej wyro�li�cie... Zgubi�em si� w labiryntach... Gren! Gren! Jak kret przekopuj� si� przez gleb� rozumienia... Gren, na zjawy nocne... Gren, z brzucha ryby ja wo�am ciebie. Czy s�yszysz mnie? To ja, tw�j stary druh smardz!

   - Grzyb?

   Gren pad� ze zdumienia na kolana przed chap - hopaj - chwatem. Z kamiennym obliczem wpatrywa� si� w tr�dowat�, br�zow� koron� zdobi�c� teraz jego g�ow�. Trwa� tak, gdy Sodal otworzy� oczy, z pocz�tku mgliste, po chwili ju� skupione na Grenie.

   - Gren! By�em o w�os od �mierci... Ach, jak�e �wiadomo�� boli. Pos�uchaj, to ja, to m�wi tw�j smardz. Trzymam w szachu Sodala i korzystam z mo�liwo�ci jego umys�u, jak musia�em kiedy� korzysta� z twoich. Ile� bogactwa znajduj� w nim... w po��czeniu z moj� w�asn� wiedz�... ach, widz� jasno nie tylko ten male�ki �wiat, ale ca�� zielon� galaktyk�, wiecznie zieleniej�cy wszech�wiat...

   Gren zerwa� si� jak oparzony

   - Grzybie, czy� ty oszala�? Nie widzisz, w jakiej jeste�my sytuacji, o w�os od �mierci z r�k futroszorstk�w - kiedy tylko nabior� �mia�o�ci do ataku? Co robi�? Je�li to ty jeste� naprawd�, je�li jeste� przy zdrowych zmys�ach, ratuj nas!

   - Ja nie zwariowa�em, chyba �e by� jedyn� rozumn� istot� na ropuchom�zgim �wiecie oznacza szale�stwo... Zgoda, Gren, patrz, pomoc nadchodzi! Sp�jrz w niebo!

   Od d�u�szego ju� czasu pejza� k�pa� si� w tajemniczym �wietle. Hen w odleg�ych, zwartych szykach d�ungli wsta�a druga zielona kolumna, w pewnej odleg�o�ci od wyros�ej wcze�niej. Wydawa�o si�, �e obie skazi�y ni�sze warstwy atmosfery swym blaskiem, wi�c Grena nie zdziwi� widok nieba poliniowanego pasmami chmur o zielonkawym odcieniu. Z jednej z takich chmur opada� trawerser. Wygl�da�o, �e spada bez po�piechu w kierunku cypla, na kt�rym znajdowa� si� Gren z ca�� reszt�.

   - Czy on zmierza tutaj, grzybie? - zapyta� Gren. Jakkolwiek nie zachwyci�o go zmartwychwstanie tyrana, kt�ry nie tak dawno czerpa� jego �yciodajn� krew, widzia�, �e uzale�niony od beznogiego Sodala grzyb m�g� mu co najwy�ej pom�c, nie skrzywdzi�.

   - Opuszcza si� tutaj - odpowiedzia� smardz. - Ty i Yattmur z dzieckiem chod�cie si� ukry�, aby was nie zgni�t� podczas l�dowania. Prawdopodobnie przybywa na gody, skrzy�owa� py�ek z konaj�cym trawerserem. Jak tylko osi�dzie, musimy si� na niego wspi��. B�dziesz musia� mnie ponie��, Gren, rozumiesz? Potem ci powiem, co robi� dalej.

   Kiedy przemawia� grubymi wargami Sodala, wiatr mierzwi� traw�. W�ochaty kad�ub rozszerza� si� w powietrzu, a� wype�ni� prawie ca�e pole widzenia i trawerser wyl�dowa� �agodnie na skraju urwiska, osiadaj�c na grzbiecie swego umieraj�cego partnera. Jego wielkie odn�a wysun�y si� w d�, jak poro�ni�te wybuja�ym mchem g�rskie filary, i zamortyzowa�y zderzenie. Pogrzeba�y chwil� w poszukiwaniu oparcia, po czym trawerser znieruchomia�.

   Gren w towarzystwie Yattmur i wlok�cych si� z ty�u wytatuowanych kobiet podszed� do niego, mierz�c wzrokiem wysoko��. Pu�ci� ogon Sodala, kt�rego ci�gn�� za sob� po ziemi.

    - Nie damy rady tam wle��! - powiedzia�. - Zwariowa�e�, grzybie, namawiaj�c nas do tego! On jest du�o za du�y! - W�a�, ludzka istoto, w�a� - pop�dza� smardz.

   Gren nie rusza� si�, ci�gle pe�en wahania. Na to podesz�a Lily - yo z reszt� swej kompanii. Ukryci do tej pory za wysok� turni�, pa�ali pragnieniem wydostania si� st�d.

   - To jest nasza jedyna droga ocalenia, jak m�wi twoje rybie stworzenie - powiedzia�a Lily - yo. - Nie marud�, Gren! Mo�esz p�j�� z nami, zadbamy o ciebie.

   - Trawerser nie jest taki straszny - doda� Haris.

   Gren wci�� sta� w miejscu, nie zach�cony ich ponaglaniem. Robi�o mu si� niedobrze na my�l o doczepieniu si� do czego�, co unosi si� w powietrzu. Pami�ta� sw� jazd� na grzbiecie ptakoro�la, kt�ry roztrzaska� si� na Ziemi Niczyjej; nie zapomnia� podr�y �odzi� i na szczud�aku, z kt�rych ka�da prowadzi�a z deszczu pod rynn�. Jedynie wyprawa dopiero co zako�czona, podj�ta z Sodalem z w�asnej woli Grena, mia�a korzystniejszy fina�.

   Waha� si�, a tymczasem smardz zach�ca� go ponownie g�osem Sodala, pop�dza� pozosta�ych do wspinaczki na w��kniste odn�a, ponaglaj�c nawet wytatuowane kobiety, by go wnios�y na g�r�, co wreszcie zrobi�y z pomoc� kompan�w Lily - yo.

   Niebawem wszyscy zagnie�dzili si� wysoko na ogromnym grzbiecie i spogl�dali z g�ry, nawo�uj�c Grena. Przy nim zosta�a tylko Yattmur.

   - Czemu� w�a�nie teraz, kiedy pozbyli�my si� brzunio - brzuch�w i smardza, mamy zawierzy� temu monstrualnemu stworzeniu? - wymamrota�.

   - Musimy i��, Gren. On zabierze nas daleko do ciep�ych las�w, gdzie z dala od futroszorstk�w b�dziemy mogli wie�� spokojne �ycie z Larenem. Wiesz, �e tutaj nie mo�emy zosta�.

   Spojrza� na ni� i na wielkookie dziecko w jej ramionach. Znios�a tak wiele cierpie� dla niego od chwili nieodpartej pie�ni Czarnej Gardzieli.

   - Idziemy, skoro ty tego pragniesz, Yattmur. Daj, ponios� ch�opca - rzek�, po czym zerkn�� do g�ry i wy�adowa� swoj� z�o�� na smardzu: - I sko�cz swoje g�upie wrzaski, id�!

   Zawo�a� za p�no, bo smardz w�a�nie sko�czy�. Kiedy Gren i Yattmur wwindowali si� w ko�cu zdyszani na szczyt �ywego pag�rka, zastali smardza zaaferowanego: dyrygowa� Lily - yo i jej towarzystwem, wci�gn�wszy ich w nowe przedsi�wzi�cie.

   Sodal obr�ci� na Grena jedno ze swych �wi�skich oczek. - Wiesz lepiej ni� ktokolwiek inny, �e czas mi si� podzieli�, rozmno�y�. Zamierzam wi�c posi��� trawersera na r�wni z Sodalem.

    - Uwa�aj, �eby on ciebie nie posiad� - powiedzia� Gren s�abym g�osem.

   Klapn�� ha�a�liwie na trawersera, bo ogromne stworzenie zadr�a�o. Ale mia�o tak niewiele czucia w ferworze zapylania, �e pozosta�o zatopione w swoich w�asnych, za�lepiaj�cych je sprawach, kiedy Lily - yo i inni pracowali, zawzi�cie wycinaj�c no�ami jego nask�rek. Gdy ju� ods�onili krater, podnie�li Sodala g�ow� w d�. Wprawdzie szamota� si� niemrawo, ale smardz zbyt mocno trzyma� go w gar�ci, by zdzia�a� co� wi�cej. Obrzydliwie porowata, br�zowa masa smardza zacz�a si� zsuwa�. Gdy po�owa spad�a do do�u, pod kierunkiem grzyba przykryli otw�r czym� w rodzaju szpuntu z tkanki trawersera.

   Gren podziwia�, jak spe�niali ka�de �yczenie smardza. Wygl�da�o na to, �e sam uodporni� si� na jego rozkazy. Yattmur siedzia�a, karmi�c piersi� dziecko. Kiedy Gren przysiad� ko�o niej, wskaza�a palcem na zacienione zbocze. Z dogodnego punktu obserwacyjnego mogli zauwa�y� ponure i niewyra�ne gromadki futroszorstk�w, zmykaj�cych w bezpieczne miejsce, aby tam zaczeka� na rozw�j wypadk�w; tu i �wdzie rozb�yskiwa�y ich pochodnie przebijaj�ce mrok, jak kwiaty w smutnym lesie.

   - Wycofuj� si� - powiedzia�a. - A mo�e by tak zej�� na ziemi� i poszuka� tajemnego przej�cia do Oceanu Obfito�ci? Krajobraz si� przekrzywi�.

   - Ju� za p�no - stwierdzi� Gren. - Trzymaj si� mocno! Lecimy Larenowi nic nie grozi?

   Trawers�r uni�s� si�. Pod nimi mign�o wysokie urwisko opadali, przewaliwszy si� gwa�townie przez ska��. Ocean Obfito�ci wyszed� im na spotkanie i r�s� w oczach, gdy trawerser przekozio�kowa� i zbli�a� si� do jego lustra. W�lizn�li si� w d�ugi cie�, nast�pnie w blask - ich w�asny cie� przylepi� si� w poprzek poznaczonej punkcikami wody - i ponownie w cie�, po czym raz jeszcze w �wiat�o, kiedy wznie�li si�, nabieraj�c stabilno�ci, i skierowali do strojnego w pi�ropusz s�o�ca.

   Laren wrzasn�� ze strachu, po czym wr�ci� do piersi i zamkn�� oczy, jakby za du�o by�o dla� tego wszystkiego.

   - Zbierzcie si� wok� mnie - zawo�a� smardz - kiedy b�d� do was przemawia� przez t� rybi� g�b�! Musicie wszyscy wys�ucha�, co mam do powiedzenia!

   Uczepili si� w��knistych w�os�w obok Sodala, tylko Gren i Yattmur wykazali przy tym pewn� opiesza�o��.

   - Jestem teraz dwoma cia�ami - oznajmi� smardz. Przej��em w�adz� na tym trawerserem, rz�dz� jego systemem nerwowym. P�jdzie tylko tam, gdzie mu ka��. Nie obawiajcie si�, poniewa� nic wam nie grozi tak szybko. Co jest bardziej przera�aj�ce od lotu - to wiedza, jak� wys�czy�em z tego rybiego chap - hopaj - chwata Sodala Ye. Musicie si� o tym dowiedzie�, bo to zmienia moje plany Te sodale s� lud�mi m�rz. Podczas gdy wszystkie inne istoty inteligentne zosta�y odseparowane przez ro�linne �ycie, sodale w wolnych oceanach mia�y mo�liwo�� utrzymywania kontakt�w ze swoimi wszystkimi plemionami. One wi�c wzbogaci�y raczej swoj� wiedz�, ni� j� utraci�y. Odkry�y, �e �wiat ma si� w�a�nie ku ko�cowi. Nie w tej chwili, nie przez wiele jeszcze generacji, ale z pewno�ci� si� sko�czy i tamte zielone s�upy kl�ski wyrastaj�ce z d�ungli do nieba s� znakami, �e koniec si� ju� rozpocz��. W regionach rzeczywi�cie gor�cych, w nie znanych nikomu z was krainach zamieszkiwanych przez �ar - krzaki i inne u�ytkuj�ce ogie� ro�liny, zielone kolumny istniej� ju� od pewnego czasu. Znajduj� wiedz� o nich w umy�le Sodala Ye. Widz� jakie� buchaj�ce na brzegach p�omienie, przelotnie dostrze�one z paruj�cego morza.

   Smardz popad� w milczenie. Gren wiedzia�, w jaki spos�b b�dzie teraz dokopywa� si� dalszych informacji. Pe�en podziwu dla jego g�odu wiedzy, wzdrygn�� si� jednak na my�l o naturze grzyba. Pod nimi hu�ta�y si� na falach brzegu Krainy Wiecznego Wieczoru, przep�ywaj�c z wolna. Poja�nia�y dostrzegalnie, zanim obrzmia�e wargi poruszy�y si� i g�os Sodala Ye raz jeszcze poni�s� my�l smardza.

    - Te sodale nie zawsze pojmuj� ca�� wiedz�, kt�r� zdoby�y. Ach, umie� dostrzega� pi�kno planu... Ludzie, jest taki p�on�cy zapalnik si�y zwanej dewolucj�... Jak mam wyrazi� to, aby by�o zrozumia�e dla waszych male�kich m�d�k�w? Bardzo dawno temu ludzie - wasi odlegli przodkowie - odkryli, �e �ycie wyros�o i rozwin�o si� z urodzajnej drobiny, z ameby, kt�ra pos�u�y�a za furtk� dla �ycia, ucho igielne, za kt�rym znajdowa�y si� aminokwasy i nieorganiczny �wiat przyrody. A ten nieorganiczny �wiat, jak odkryli, r�wnie� rozwin�� si� w ca�ej z�o�ono�ci z jednej drobiny pierwotnego atomu. Owe rozleg�e procesy wzrostu ludzie ostatecznie zrozumieli. Sodale za� odkry�y, �e wzrost zawiera r�wnie� to, co ludzie nazwaliby upadkiem, �e natura nie tylko musi si� rozwin��, by si� "zwin��", lecz �e musi si� ona r�wnie� zwin��, by si� mog�a rozwija�. To stworzenie, kt�re zamieszkuj�, wie, �e �wiat znajduje si� obecnie w fazie zwijania. M�tnie pr�bowa�o przekaza� to wam, pomniejszym gatunkom. Na pocz�tku czasu tego uk�adu s�onecznego wszystkie formy �ycia by�y niejako zlane razem i gin�c, tworzy�y inne formy Przyby�y one na Ziemi� z przestrzeni jako py�ki, jako iskierki jeszcze w kambryjskich czasach. Nast�pnie formy te rozwin�y si� w zwierz�ta, ro�liny, owady, gady wszystkie odmiany i gatunki, kt�re zala�y �wiat. Wiele z nich ju� odesz�o. A dlaczego? Poniewa� galaktyczne pr�dy okre�laj�ce �ycie S�o�ca niszcz� to S�o�ce. Te same pr�dy rz�dz� materi� o�ywion� i wygaszaj� j� tak, jak wygasz� egzystencj� Ziemi. A wi�c natura dewoluuje. Formy �ycia zlewaj� si� ponownie! Zawsze istnia�y wsp�zale�nie - jedna kosztem drugiej - i teraz ��cz� si� ze sob� raz jeszcze. Czy brzunio - brzuchy by�y ro�linami, czy lud�mi? Czy futroszorstki s� lud�mi, czy zwierz�tami? A stworzenia �wiata cieplarnianego, trawersery, wierzbomordy Ziemi Niczyjej, szczud�aki, kt�re wysiewaj� si� jak ro�liny i migruj� jak ptaki jak one wygl�daj� w �wietle starych klasyfikacji? Sam siebie zapytuj�, czym jestem.

   Smardz przerwa� na chwil�. Jego s�uchacze ukradkiem spogl�dali po sobie, ogarni�ci niepokojem, a� klapni�cie ogona sodala przywo�a�o ich z powrotem do rzeczywisto�ci.

   - My wszyscy tutaj zostali�my za spraw� przypadku zmieceni na bok g��wnego nurtu dewolucji. �yjemy na �wiecie, w kt�rym ka�da generacja staje si� coraz mniej i mniej okre�lona. Ca�e �ycie zd��a do bezrozumu, niesko�czonej ma�o�ci: do embrionalnej drobiny Tak si� dope�ni proces wszech�wiata. Galaktyczne pr�dy ponios� zarodniki �ycia do innego, nowego systemu, dok�adnie tak, jak ongi� przynios�y je tutaj. Widzicie ju� �w proces w toku: zielone kolumny �wiat�a wyci�gaj� �ycie z las�w. W nieustannie wzrastaj�cym �arze procesy dewolucji ulegaj� przyspieszeniu.

   Podczas tej przemowy druga po�owa smardza kierowa�a trawersera coraz ni�ej. Unosili si� ju� ponad zwart� d�ungl�, nad pokrywaj�cym ca�y ten opromieniony s�o�cem kontynent figowcem. Ciep�o spowi�o ich jak p�aszcz. Widzieli tu inne trawersery przesuwaj�ce wielkie kad�uby w g�r� i w d� swoich nici. Trawerser smardza osiad� prawie bez wstrz�su na wierzcho�kach lasu.

   Gren podni�s� si� natychmiast i pom�g� stan�� na nogi Yattmur.

   - Jeste� najm�drszym ze stworze�, grzybie - powiedzia�. - Nie czuj� �alu, �e ci� opuszczam, poniewa� wydajesz si� teraz tak doskonale samowystarczalny. W ko�cu jeste� pierwszym grzybem, kt�ry rozwi�za� zagadk� wszech�wiata. B�dziemy ci� wspomina�, ja i Yattmur, kiedy znajdziemy si� bezpieczni w �rodkowych pi�trach lasu. Idziesz ze mn�, Lily - yo, czy te� po�wi�ci�a� swe �ycie uje�d�aniu jarzyn?

   Lily - yo, Haris, wszyscy stali obr�ceni do Grena z mieszanin� wrogo�ci i bierno�ci, znan� mu dobrze z dawien dawna.

   - Chyba nie zostawisz tego wspania�ego m�zgu, tego obro�cy, tego smardza, kt�ry jest twoim przyjacielem? zapyta�a Lily - yo.

   Gren skin�� g�ow�.

   - Mo�esz z niego swobodnie korzysta�, czy te� on mo�e swobodnie korzysta� z ciebie. Wy z kolei musicie zdecydowa�, tak jak ja musia�em, czy on jest si�� dobr�, czy z��. Ja podj��em decyzj�. Zabieram Yattmur, Larena i obie orabolki z powrotem w las, gdzie jest moje miejsce.

   Pstrykn�� palcami i wytatuowane kobiety wsta�y pos�usznie.

   - Jeste� uparty, Gren. Nic si� nie zmieni�e� - powiedzia� Haris z oznakami zniecierpliwienia. - Wracaj z nami do �wiata Prawdziwego, to lepsze miejsce ni� d�ungla. S�ysza�e� przed chwil�, jak rybi smardz powiedzia�, �e d�ungla jest zgubiona.

   Ku swemu zadowoleniu Gren odkry�, �e potrafi stosowa� argumenty w spos�b, jaki kiedy� by�by dla� nieosi�galny.

    - Je�eli prawd� jest to, co m�wi grzyb, to tw�j drugi �wiat, Haris, jest zgubiony r�wnie pewnie jak ten. Ponownie rozleg� si� grzmi�cy, poirytowany g�os smardza:

   - I tak jest, cz�owieku, ale musicie jeszcze wys�ucha� mojego planu. W m�tnym o�rodku my�lowym tego trawersera natkn��em si� na �wiadomo�� �wiat�w poza tym jednym, daleko poza nim, wygrzewaj�cych si� wok� innych s�o�c. Trawersera mo�na zmusi� do podj�cia takiej podr�y Ja i Lily - yo, i pozostali prze�yjemy bezpiecznie w jego wn�trzu, jedz�c jego cia�o, a� dotrzemy do tamtych nowych �wiat�w. Po prostu pod��ymy szlakiem zielonych kolumn i pojedziemy na galaktycznych pr�dach przestrzeni, a one zawiod� nas w dobre, nowe miejsce. Oczywi�cie ty musisz zabra� si� z nami, Gren.

   - Dosy� mam d�wigania czy bycia d�wiganym. Id� i �ycz� ci powodzenia! Zape�nij ca�y pusty �wiat lud�mi i grzybem!

   - Wiesz, g�upi cz�owieku, �e Ziemi� czeka �mier� w ogniu! - Tak powiedzia�e�, o m�dry grzybie. Powiedzia�e� te�, �e to nie nast�pi przez wiele generacji. Laren i jego syn, i syn jego syna b�d� raczej �yli w zielono�ci, ni� ugotuj� si� w trzewiach ro�linnych, odbywaj�c podr� w nieznane. Chod�, Yattmur. Hej, hop, wy, panienki, idziecie razem ze mn�.

   Zebrali si� do zej�cia. Pu�ciwszy przed siebie tatuowane kobiety, Yattmur wr�czy�a Grenowi Larena, a ten opar� go sobie na ramieniu. Haris post�pi� krok w prz�d z wyci�gni�tym no�em.

   - Zawsze by�o trudno sobie z tob� poradzi�. Nie wiesz, co robisz.

   - Mo�e to i prawda, ale przynajmniej wiem, co wy robicie.

   Nie zwa�aj�c na ostrze, Gren zlaz� powoli z szerokiego, kosmatego boku. Opu�cili si� na cienk� ga���, pomagaj�c uleg�ym orabolkom w znalezieniu oparcia dla st�p. Z rado�ci� w sercu Gren zajrza� w li�ciaste otch�anie lasu.

   - Idziemy - powiedzia� zach�caj�co. - Tu b�dzie nasz dom, gdzie niebezpiecze�stwo by�o mi kolebk�, i wszystko, czego si� nauczyli�my, b�dzie nas strzeg�o. Podaj mi r�k�, Yattmur.

   Zeszli razem do li�ciastej altany. Nie obejrzeli si� za siebie, kiedy trawerser ze swymi pasa�erami wznosi� si� powoli i odp�ywa� w g�r�, w zielono c�tkowane niebo, bior�c kurs na uroczyste b��kity przestrzeni.

Powr�t